środa, 20 listopada 2013

"Requiem" - Lauren Oliver

Tytuł: “Requiem”
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 392
Ocena: 9/10

JEŚLI NIE CZYTALIŚCIE DELIRIUM i PANDEMONIUM, NIE ZAGŁĘBIAJCIE SIĘ W TĘ RECENZJĘ, BO MOŻECIE SOBIE ZEPSUĆ LEKTURĘ!

   Ameryka powoli przestaje być krajem, w którym remedium - zabieg uwalniający od choroby, jaką jest miłość - zapewnia ład, porządek i bezpieczeństwo. Rząd nie może już dłużej utrzymywać, że Odmieńcy, czyli osoby, które z własnej woli chcą poddawać się wpływowi amor deliria nervosa, nie istnieją, ponieważ na każdym kroku wzrastający ruch oporu wywołuje zamieszki. Głusza zaczyna być patrolowana przez porządkowych, którzy sieją zniszczenie, chcąc pozbyć się zagrożenia. Ale czy wyleczeni poradzą sobie z Odmieńcami, których jest coraz więcej, także wśród zwykłych obywateli miast? Czy dojdzie do buntu na skalę całego kraju? I czy mury wreszcie runą?

“To jest ryzyko, ale zarazem piękno życia bez remedium. Ścieżka, którą idziemy, jest dzika i splątana, nic nigdy nie jest proste. (...) Chcieliśmy móc kochać bez przeszkód. Chcieliśmy mieć wolność wyboru Teraz więc musimy o to walczyć.”

   Lena nie jest już tą samą dziewczyną, którą była, mieszkając w Portland. Od czasu ucieczki do Głuszy przeszła ogromną metamorfozę. Tygodnie spędzone na koczowaniu w dziczy, czasem bez jedzenia i wody, ciągła ucieczka przed zagrożeniem, nawet tam, w wolnych strefach - to wszystko odcisnęło na dziewczynie swoje piętno. Stała się silniejsza i twardsza, owszem, ale czy to właśnie miało na nią czekać w cudownym świecie bez ograniczeń? Czy tym właśnie miała być wolność - nieustającą walką o przetrwanie? Czy możliwość wyboru jest błogosławieństwem, skoro ludzie świadomie podejmują złe decyzje?
   
“To właśnie robią ludzie w tym chaotycznym świecie, świecie wolności i wyboru: odchodzą, kiedy chcą. Znikają, wracają, potem znowu znikają. A ty zostajesz z tym sam i musisz się jakoś pozbierać.”

   Czas spędzony przez Lenę w Nowym Jorku, podczas misji ruchu oporu przeciwko AWD, wcale nie był czasem straconym. Decyzja Juliana o ucieczce do Głuszy wraz z dziewczyną, przez którą jego dotychczasowy świat stanął w płomieniach, znacząco wpłynęła na działania buntowników na obszarze całego kraju. Chłopak stał się symbolem walki w imię miłości, bo to w końcu ją wybrał. Był gotów na wszystko, aby tylko poznać smak uczucia, przez które ludzie wtrącani są do więzienia. Nie spodziewał się jednak, że przeszłość Leny wcale nie jest martwa. A przecież powinna być.

“Taka jest właśnie przeszłość: unosi się, potem osiada i gromadzi warstwami. Jeśli się straci czujność, pogrzebie cię. Po części po to właśnie stworzono remedium: dla oczyszczenia. Dzięki niemu przeszłość i związany z nią ból stają się odległe jak delikatna impresja na migoczącym szkle.”

    Z jednej strony Julian - chłopak, który na nowo wzbudził w bohaterce miłość i nadzieję na lepsze jutro. Porzucił dla niej wszystko, w co wierzył, ponieważ wpadł w sidła tego nieprzewidywalnego uczucia. Z drugiej Alex, który powinien nie żyć, gdyż poświęcił się dla ukochanej, aby mogła uciec do świata bez ograniczeń. I zostaje jeszcze jedna sprawa - dokonanie wyboru, który w świecie poza murami jest konieczny. Ale czy to znaczy, że możliwy?
   Myślę, że autorka postawiła Lenę w bardzo trudnej sytuacji. W końcu uczucie, jakim dziewczyna darzyła Aleksa jest niepodważalnie silne i prawdziwe. Jednak żyjąc w Głuszy należy odciąć się od tego, co miało miejsce “przed”, tym bardziej, że Lena wierzyła w śmierć ukochanego, co nie znaczy, że się z nią do końca pogodziła. Julian uratował ją przed autodestrukcją, a ona otworzyła mu oczy i stała się dla niego kimś, kto zdjął mu pęta - tak jak Alex w jej przypadku. Więź, która powstała między nią a chłopakiem z Głuszy jest wciąż silna, ale czy Alex jest nadal tą samą osobą, która była dla Leny całym światem?

   Głusza, ruch oporu, próby zburzenia murów - to tylko część wojen, które muszą stoczyć bohaterowie. W “Requiem” możemy zobaczyć także drugą stronę medalu, czyli wszystkie “cudowne” aspekty życia osoby wyleczonej. A to wszystko dzięki rozdziałom napisanym z perspektywy Hany, najlepszej przyjaciółki Leny, która przyjęła remedium i wiedzie ułożone życie u boku narzeczonego, przyszłego burmistrza Portland. Tylko czy obietnice zabiegu zostaną spełnione? Czy życie osoby, której z pozoru nic nie brakuje, faktycznie jest szczęśliwe? A co, jeśli okaże się, że przyszły mąż, a nowy burmistrz, wcale nie jest prawym i szlachetnym człowiekiem, a do tego na wierzch wypłyną wyrzuty sumienia, które zaczną powoli zjadać od środka i zmuszać do rzeczy nieprzystających osobie wyleczonej? Hana musi stoczyć własną walkę z rzeczywistością, w której żyje, z ciągle powracającymi wspomnieniami oraz z osobą, jaką się stała. Jaki wpływ na wynik bitwy będzie miała nieoczekiwana konfrontacja z dawną bliską sercu przyjaciółką?

   Ostatnia część trylogii mnie nie zawiodła. Autorka podołała wyzwaniu i napisała powieść dorównującą dwóm poprzednim częściom - pełną wartkiej akcji i nieprzewidywalnych wydarzeń, z którymi musieli zmierzyć się bohaterowie. Spodziewałam się, że mimo korzystnych dla nich sytuacji, książka i tak będzie przepełniona bólem, który zawsze jest gdzieś tam w tle, jeśli chodzi o antyutopię. I owszem, były momenty, w których bolało mnie serce, ale na szczęście nie przeważały. A całość skończyła się… Cóż, sprawdźcie sami!


piątek, 15 listopada 2013

"Geneza" - Jessica Khoury

Tytuł: “Geneza”
Autor: Jessica Khoury
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 512
Ocena: 10/10

   Ludzie przeważnie dążą do doskonałości i chcą być jak najbliżej ideału. Robią, co mogą, aby to osiągnąć i mowa tutaj zarówno o zwykłych osobach, jak i o naukowcach, którzy usilnie próbują stworzyć rzeczy, o jakich marzyli już ich przodkowie. Jedną z nich, zapewne najbardziej upragnioną, jest znalezienie sposobu na oszukanie śmierci, czyli zapewnienie wiecznego życia na ziemi. Ale sam fakt bycia nieśmiertelnym to przecież za mało - idealny człowiek, oprócz tego, że jest niezniszczalny, powinien być intelientny, silny i piękny. Czy ludzie są w stanie czegoś takiego dokonać? Okazuje się, że tak.

   Grupa naukowców tworzy kompleks laboratoryjny w samym sercu Amazonii. Dlaczego akurat tam? Powodem jest odkrycie pewnej rośliny, której nawet uczeni nie są w stanie wyhodować. W związku z tym korzystają z niezwykłego daru natury, jakim jest kwiat elizji, i dzięki temu latami pracują nad genem nieśmiertelności. W końcu na świat przychodzi Pia - pierwsza idealna, niezniszczalna i nieśmiertelna istota. Żadne ostrze nie jest w stanie przebić jej skóry, a inteligencja dziewczyny dorównuje jej sile. Pia od dzieciństwa jest szkolona oraz poddawana różnym testom opracowywanym przez jej “ciocie” i “wujków” - naukowców pracujących w ośrodku badawczym. Dziewczyna jest świadoma, jak wielkie znaczenie dla świata ma jej istnienie, dlatego pilnie się uczy, aby w przyszłości dołączyć do zespołu Immortis i pomóc w tworzeniu ludzi podobnych do niej - doskonałych w każdym calu. Ma nadzieję, że wtedy zrobi coś dobrego dla ludzkości i jednocześnie przestanie czuć się wyobcowana - bo fakt, że wszyscy ją uwielbiają, nie zmienia rzeczywistości, w której jej bliscy umrą, a ona będzie żyła dalej. 
 
"Nie ma narodzin bez śmierci. Życia bez łez. To, co zostało zabrane z tego świata, musi zostać zwrócone, a temu, który bierze i nie oddaje, który ośmiela się zachwiać równowagę rzeki, temu zostanie odebrane wszystko. Nikt nie powinien żyć wiecznie.”

   W dniu siedemnastych urodzin Pii wszystko się zmienia. W większości jest to zasługa nowej “cioci”, która niedawno przybyła do ośrodka Little Cambridge. Kobieta, nieprzyzwyczajona do zasad panujących w kompleksie, czasem wspominała o życiu poza, całkowicie obcym i nieznanym Pii. Dla dziewczyny całym światem było kilka budynków otoczonych dżunglą. W końcu nastolatka, zaintrygowana i spragniona wiedzy, wymknęła się do lasu przez dziurę w płocie. Chciała tylko na chwilę oderwać się od ciągle śledzących ją oczu. Jednak to, co tam odkryła, całkowicie ją przerosło.

"Prawda potrafi przeszyć i zniszczyć najbardziej niezniszczalnych z nas."

   Pia, podczas swojej nocnej eskapady, spotkała Eio - chłopaka, który okazał się być członkiem mieszkającego w dżungli plemienia. Sam fakt życia innych ludzi w tej dżungli, za murami laboratorium, jest dla dziewczyny szokiem. Do tego opowieści Eio o świecie, książkach, religiach - totalna abstrakcja. Nastolatka nie może pogodzić się z tym, co wie, a tym, co zobaczyła i usłyszała. A skoro naukowcy nie mówili jej o wielu sprawach, to co jeszcze przed nią ukrywają? Idealna i nieśmiertelna Pia zaczyna wątpić we wszystko, w co do tej pory wierzyła. Im częściej wymyka się z Eio do jego osady, tym bardziej gubi się w sobie. Co jest prawdą, a co nie? Lekcje dawane przez naukowców, którzy zawsze byli dla niej dobrzy, czy opowieści dzikiego, śmiertelnego chłopaka? Pia postanawia się tego dowiedzieć, ale czy poznanie prawdy wystarczy? I tak będzie musiała zdecydować, co jest dla niej najważniejsze i czego pragnie - stworzenia ludzi podobnych do niej, w tym idealnego partnera czy miłości do jakiegoś dzikusa? Odkrycie sekretu, jaki stoi za stworzeniem genu nieśmiertelności, wcale jej w tym nie pomaga...

“O doskonałości świadczą czyny.”

   “Geneza” to dość obszerna powieść, w której jednak akcja toczy się cały czas. Z każdą kolejną stroną wydarzenia robią się coraz bardziej intrygujące, a główna bohaterka, która toczy w sobie trudną walkę, przechodzi ogromną metamorfozę. Autorka z jednej strony funduje nam opis dzikiej dżungli, plemienia, do którego należy Eio i całkowicie nieznanych Pii zachowań. Zaś z drugiej strony możemy poznać naukowców, którzy stworzyli i wychowali dziewczynę. A trzeba przyznać, że kreacja bohaterów w tym dziele jest świetna. Niektóre “ciocie” i “wujkowie” działali mi na nerwy, inni byli cudownymi i wartościowymi ludźmi, gotowymi do poświęceń i złamania swoich zasad. Jeszcze inni udawali przyjaciół, a okazywali się być zdrajcami działającymi we własnym interesie. Więc to nie tak, że Pia, poznając prawdę, nie musiała się zastanawiać, tylko od razu chciała opuścić tych kłamców. Dziewczyna była w ogromnej rozterce, bo pokochała ludzi z obu stron wysokiego płotu. A jej wewnętrzny konflikt wcale nie był najtrudniejszy, bo najgorsze miało dopiero nadejść.

   Staram się nie ominąć żadnego aspektu tej książki, ponieważ jest ona w całości po prostu świetna! Akcja (której naprawdę jest dużo), bohaterowie (ciekawie wykreowani), ale także duża refleksyjność i moralne pytania, na które niełatwo odpowiedzieć. W końcu trzeba się zastanowić - czy istnieje tylko jedna prawda? A jeśli tak, czy są tak ważne rzeczy, na które nawet ona nie ma wpływu?

   Polecam tę książkę każdemu. Na pewno nie będziecie się przy niej nudzić, bo mimo tych pięciuset stron, czyta się szybko, ze względu na wartką akcję i przyjemny styl autorki. Poza tym, czyż nie miło zatopić się w wydarzeniach, które mają miejsce w oryginalnym i ciekawym miejscu (a nie w kolejnym Nowym Jorku czy innych miastach) i dotyczą spraw niecodziennych, ale bardzo pomysłowych? Jeśli jeszcze się wahacie, to zdecydowanie Was namawiam na jak najszybsze wzięcie się za lekturę!


czwartek, 14 listopada 2013

Hit jesieni? - zapowiedź "Domu Tajemnic"


Nie będę się usprawiedliwiać, bo to nie ma sensu. Zawaliłam. Osiem postów w całym 2013 roku? Skandal. I jeszcze tylko kilka z nich to recenzje! Muszę to po prostu zmienić i zacznę od dziś. Tyle, jeśli chodzi o wyjaśnienia. Nie będę nic obiecywać i dużo mówić, po prostu zacznę działać :D

***

A teraz przejdźmy do najważniejszego, czyli zapowiedzi książki “Dom Tajemnic”, autorstwa Chrisa Columbusa i Neda Vizzini, wydanej przez Znak emotikon. Kiedy przejrzałam materiały, które przysłano mi na pocztę, stwierdziłam, że muszę się tym z Wami podzielić, bo książka wydaje się być interesująca, a dodatkowo polecana jest przez samą Rowling. Zobaczcie sami!


Premiera 7 listopada 2013 r.

Opis książki: Niewyjaśniona tajemnica sprzed lat doprowadza do niebezpiecznego starcia dobra ze złem. Dom pełen mrocznych sekretów staje się miejscem walki trójki rodzeństwa o życie swoich najbliższych. Jak potoczą się losy Eleanor, Kordelii i Brendana? Czy przeniesieni przez Wichrową Wiedźmę do groźnego świata zjednoczą swoje siły i pokonają Króla Burz? Czy ocalą swoich bliskich?

„Dom Tajemnic to niebezpiecznie wciągająca opowieść o potędze czarnej magii, sile przyjaźni i poświęceniu. Niewyjaśnione sekrety sprzed lat, walka trójki rodzeństwa o życie swoich najbliższych i ostateczne starcie dobra ze złem. Tej jesieni magia powraca…”
Piotr Fronczewski
(polski ambasador marki i głos audiobooka Dom Tajemnic)





Reklama ciekawa, ale czy książka jest tak dobra, jak obiecują? Przekonamy się :D


sobota, 28 września 2013

"Nigdziebądź" - Neil Gaiman

Tytuł: “Nigdziebądź”
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: Nowa Proza
Ilość stron: 316
Ocena: 8/10

   Czasem ludzie mają ochotę choć na moment stać się niewidzialnymi. Liczą, że dzięki temu ich problemy znikną, a oni sami będą mogli rozkoszować się chwilą wolności od codziennych spraw. Właściwie zazwyczaj są to tylko przelotne myśli, których nikt nie bierze na poważnie. W końcu tak czy siak musimy zmierzyć się z codziennością i dźwignąć obowiązki, które na nas czekają. Ale gdyby jednak możliwość bycia niewidzialnym istniała, to czybyśmy z niej skorzystali? Przypuszczam, że raczej nikt nie chciałby z własnej woli być zapomnianym i pomijanym. Jednak nie wszyscy stanęli przed oczywistym wyborem…

   Główny bohater powieści, Richard Mayhew, popadł w rutynę. Wiódł ustatkowane życie, które jest celem wielu osób. Miał dobrą pracę i kochającą narzeczoną i do szczęścia praktycznie niczego mu nie brakowało. Nie zamierzał porzucać swojego dotychczasowego życia, jednak w wyniku nieoczekiwanych i dość dziwnych zdarzeń, został do tego zmuszony. Nie spodziewał się, że nagle, z dnia na dzień, stanie się obcy dla wszystkich, których zna, a spojrzenia przechodniów na ulicy nie zatrzymają się na nim nawet na chwilę. Bo kto by pomyślał, że pewna wróżba zapowiadająca, że drzwi staną się źródłem kłopotów, okaże się prawdziwa? Czy to możliwe, aby jedna drobna decyzja obróciła życie Richarda do góry nogami, wprawiając w ruch machinę niezrozumiałych i niepokojących wydarzeń?

“Wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz.”

   Któregoś dnia, Richard, w zwyczajnym ludzkim, odruchu postanowił pomóc bezdomnej, zakrwawionej dziewczynie. Właśnie wtedy “wypadł” z rzeczywistości - przestał istnieć dla mieszkańców Londynu. Tak jakby za sprawą magicznej gumki wymazano go z pamięci i serc innych ludzi. Od tamtej pory bohater znajduje się w Londynie Pod, czyli w mieście zamieszkanym przez przeróżne dziwne istoty, które zostały zepchnięte w szczeliny społeczeństwa i odrzucone. Richard jest w sytuacji bez wyjścia, dlatego decyduje się pomóc owej bezdomnej dziewczynie (która przedstawia się jako Drzwi) w ucieczce przed mordercami chcącymi ją zabić. Ona wprowadza go w zawiły świat Londynu Pod. W ten sposób Richard poznaje wiele dziwnych stworzeń i przeżywa wręcz szalone sytuacje. Ale czy podróż z nową kompanką pozwoli mu znaleźć sposób powrotu do Londynu Nad?

   “Nigdziebądź” to w trzech słowach książka DZIWNA I SZALONA, ale również bardzo osobliwa. Podczas lektury czytelnik ma do czynienia z całą gamą barwnych i niezwykłych postaci (choć główny bohater niestety do nich nie należy), które często potrafią zaskoczyć lub rozbawić do łez. W tej pozycji niczego nie da się przewidzieć i choć czasem wydaje się, że niektóre sytuacje są po prostu wyciągnięte z kapelusza, to tak naprawdę wszystko razem łączy się w logiczną, acz nietypową całość. To naprawdę coś, stworzyć dzieło wykraczające poza jakiekolwiek schematy, ociekające oryginalnością i niecodziennymi pomysłami. Do tego trzeba mieć talent oraz ogromną wyobraźnię, której Gaimanowi wcale nie brakuje.

   Przyznaję, że ta książka mnie zachwyciła, choć wzbudziła też we mnie niepokój, a chwilami nawet smutek. Autor w wyszukany sposób przedstawił niepewność świata. Bawiąc się słowem stworzył coś, co w każdym czytelniku może wywołać inne, czasem sprzeczne uczucia. Myślę, że każdy z Was powinien “zażyć” Gaimana w jakiejś postaci. “Nigdziebądź” idealnie nadaje się na początek. Z całego serca polecam spróbować.

***

Mam niesamowity przypływ weny po takiej przerwie, a interesujących książek do zrecenzowania jeszcze więcej! I bardzo się z tego cieszę :>

Szablonu na razie nie zmieniam, bo nie mogę znaleźć nic specjalnego. Jak coś przykuje moją uwagę, to wtedy się za to zabiorę :)
 
 

niedziela, 22 września 2013

Reaktywacja

No tak, może minęło odrobinę więcej niż dwa tygodnie, ale wróciłam. Ze względu na kilkumiesięczną przerwę w publikowaniu recenzji, doszłam do wniosku, że właściwie mogłabym nazwać mój powrót reaktywacją. W końcu czeka mnie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że podołam :) Liczę też na to, że nie wyszłam z wprawy w pisaniu... Ale to się okaże :)

Już wkrótce nowy szablon (ten już trochę się zakurzył), kilka zmian i wreszcie recenzje. Od jutra biorę się ostro do pracy. Muszę przyznać, że jestem strasznie do tyłu, jeśli chodzi o nowości książkowe, ale myślę, że z Waszą pomocą to nadrobię :)

Pozdrawiam serdecznie!

P.S. Kurczę, brakowało mi tego całego blogowania. Przywiązałam się do bloga i do Was, nie ma co ukrywać! :>

sobota, 1 czerwca 2013

Nie umarłam :D

Postanowiłam dać jakiś znak życia, żebyście się czasem za bardzo nie martwili :D
Mam problemy związane z brakiem komputera, dlatego nie mam możliwości pisania recenzji (za to mam mnóstwo czasu na czytanie książek!). Myślę, że za jakiś tydzień, może dwa, wszystko wróci do normy, a wtedy przygotujcie się na dużą dawkę recenzji! :)

Pozdrawiam serdecznie i do napisania :D

niedziela, 10 marca 2013

"Kod Leonarda da Vinci" - Dan Brown



Tytuł: „Kod Leonarda da Vinci”
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Sonia Draga & Albatros
Ilość stron: 568
Ocena: 7/10

    Z pewnością każdy zna choć kilka dzieł Leonarda da Vinci, wielkiego człowieka renesansu. „Mona Lisa”, „Ostatnia wieczerza” i inne wspaniałe obrazy podziwiane są od wieków i nadal mają ogromne znaczenie w kulturze i sztuce. Nie jesteśmy jednak znawcami symboliki, dlatego też w większości nasze interpretacje dzieł są proste. Przeważnie nie potrafimy odkryć drugiego, ukrytego dna i tego „prawdziwego” przesłania artysty. W zasadzie to najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z istnienia tych kruczków. Na szczęście, istnieją profesjonaliści w tej dziedzinie, którzy potrafią odszyfrować przesłania dzieł sztuki i zinterpretować je o wiele dokładniej i dogłębniej. Pozostaje tylko pytanie, czy ludzie czasem nie mają tendencji do doszukiwania się rzeczy, których nie ma? Ale to już odrębna kwestia, bo bohaterowie „Kodu Leonarda da Vinci” nie mają skłonności do nadinterpretacji, dzięki czemu czytelnik ma do czynienia z ciekawą i wciągającą powieścią sensacyjną. Więc o czym tak właściwie pisze Dan Brown?

    Na samym początku powieści ginie kustosz Luwru, najsłynniejszego muzeum Paryża. Mężczyzna zostaje postrzelony przez człowieka, który pragnie wyciągnąć od niego pewną tajemnicę. Ostatnie chwile swojego życia Jacques poświęca na pozostawianiu w korytarzach Luwru wskazówek, które pomogą wielkiemu sekretowi przetrwać. Tak się bowiem składa, że Jacques należał do tajemnego stowarzyszenia – Zakonu Syjonu – które chroniło miejsce spoczynku Świętego Graala. Członkowie bractwa, którzy znali tę tajemnicę, zostali zamordowani, a wraz z nimi przepadłaby ta bezcenna informacja. Właśnie dlatego kustosz Jacques zostawił dziwne wskazówki, mając nadzieję, że dotrze do nich jego wnuczka, Sophie, mistrzyni w dziedzinie kryptografii. Mężczyzna umieszcza też na podłodze Luwru nazwisko Roberta Langdona, znawcy symboliki, w nadziei, że pomoże on Sophie w rozwiązaniu zagadki, dzięki czemu Święty Graal nie przepadnie. Niestety, nazwisko Langdona rzuca na niego podejrzenie o morderstwo, dlatego gdy zostaje on „zaproszony” do Luwru przez francuską policję i poznaje sytuację, wie, że musi uciekać, aby ratować swoją wolność i rozwikłać tajemnicę. Od tego momentu Langdon i Sophie, mając policję na karku, podążają według wskazówek zmarłego dziadka agentki, starając się poznać wielki sekret zakonu.

    Fabuła powieści Browna jest niesamowicie wciągająca z uwagi na fakt, że akcja dzieje się nieprzerwanie. Nic dziwnego, że na podstawie powieści powstał film – ta książka aż prosiła się o przeniesienie na wielki ekran. Akcja zmieniająca się jak w kalejdoskopie, ucieczka przed policją, rozwiązywanie zagadek – a to wszystko w ciągu zaledwie dwudziestu czterech godzin – czy właśnie nie tak wyglądają dzisiejsze filmy sensacyjne? Ale, z drugiej strony, czy odkrywanie wielowiekowej tajemnicy w ciągu doby nie podważa realizmu wydarzeń? Cóż, chyba inaczej się nie dało, choć moim zdaniem ten fakt, jak i to, że umierający Jacques zachował jasność umysłu w obliczu śmierci i w kilkanaście minut zdołał wymyślić piekielne trudne zagadki, będące tropami, sprowadza czytelnika na ziemię, podkreślając, że to wszystko to tylko fikcja. Pozostaje pytanie: to plus czy minus dzieła?

    Powyższe przykłady ciężko traktować jako wady książki. Tak po prostu musiało to być rozegrane, bo inaczej nic nie trzymałoby się kupy. Warto jednak zauważyć, że na wstępie autor zaznacza, które wątki i informacje zawarte w książce są faktami. Należą do nich m.in. opisy dzieł sztuki, czyli interpretacje „Mona Lisy” i „Ostatniej wieczerzy”, które wprawiają czytelnika w osłupienie i zmuszają do ponownego przeanalizowania obrazów. Podobno nawet opisy rytuałów tajnych stowarzyszeń są prawdziwe, co mnie osobiście przyprawia o dreszcze…

    Ogólnie rzecz biorąc, książka Dana Browna jest dziełem nietypowym, z pewnością wywołującym wiele kontrowersji. Bohaterowie powieści (z niekoniecznie rozbudowaną osobowością, raczej wszyscy z „nieprzeciętną inteligencją”) wiele razy podważają fundament, na którym opiera się kościół katolicki. Osoby, które nigdy nie słyszały teorii dotyczących życia Chrystusa czy tego, czym faktycznie jest Święty Graal, mogą być lekko zszokowane i zachęcone do poszukania informacji na tematy, które porusza Dan Brown. Pomijając jednak ten malutki brak realizmu związany z tempem rozwiązywania wskazówek, nie można zaprzeczyć, że „Kod Leonarda da Vinci” to książka, od której ciężko się oderwać. Skomplikowane tajemnice i zagadki zmuszają czytelnika do myślenia i wysuwania własnych podejrzeń, które w moim wypadku się nie sprawdziły – a uważam to za plus, bo najważniejszy jest efekt zaskoczenia.

    Podsumowując, książka, którą właśnie kończę recenzować, to dzieło wciągające, z szybką akcją i ciekawymi wątkami, które z pewnością poszerzają wiedzę czytelnika. Nie mogę uznać się za fankę Dana Browna, ale na pewno przeczytam inne powieści pisarza. Naprawdę warto spędzić czas na rozwikływaniu zagadek z „Kodem” w ręku, towarzysząc sympatycznym bohaterom w ich wyprawie (albo raczej ucieczce).

***

Książka dodana do wyzwania „Zlistą BBC”.

***

Witam po długiej nieobecności!
Mam mały problem związany z brakiem Internetu z powodu przeprowadzki, dlatego też do końca marca może mnie nie być w blogosferze. Korzystam z okazji i publikuję recenzję. Być może w tym czasie pojawi się jeszcze jedna, ale nic nie obiecuję. W związku z tym do zobaczenia na przełomie marca i kwietnia! :)

Pozdrawiam cieplutko (bo śnieg za oknem :c),

Deline

sobota, 9 lutego 2013

"Twój cień" - Jeffery Deaver

Tytuł: “Twój cień”
Autor: Jeffery Deaver
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 456
Ocena: 8/10

   Wielu ludzi marzy o sławie. Niektórzy dla niej są w stanie zrobić wszystko. Nie można jednak zapominać o tym, że czasem bycie rozpoznawalnym przestaje być powodem do dumy, za to sprawia, że życie gwiazdy zamienia się w piekło. Tak właśnie było w przypadku młodej piosenkarki country, Kayleigh Towne, która padła ofiarą stalkingu (obsesyjnych działań fanów). Choć Kayleigh nie jest międzynarodową gwiazdą, w swoim regionie jest bardzo szanowana i doceniana. Wiedzie z pozoru szczęśliwe życie i nie przejmuje się mailami z propozycjami randek, małżeństwa, czy wspólnej nocy poślubnej. Dopiero kiedy pewien “najbardziej oddany fan” zaczyna zasypywać piosenkarkę wiadomościami i paczkami z prezentami, a nawet prosi o jej kosmyk włosów czy kawałek paznokcia, dziewczyna zaczyna się niepokoić. Sprawa staje się poważna, kiedy ów Edwin Sharp przyjeżdża do rodzinnego miasta dziewczyny z powodu koncertu, który ma się tutaj odbyć. Na domiar złego, w tym samym czasie zaczynają ginąć najbliższe dla Kayleigh Towne osoby. Dziewczyna jest przerażona, ale na szczęście agentka Kathryn Dance, przyjaciółka młodej gwiazdy, znalazła się w pobliżu, odpoczywając na urlopie. Dance jest specjalistką od kinezyki, czyli doskonale rozpoznaje zamiary podejrzanych po mowie ich ciała. Dołącza do lokalnego śledztwa i jest zdeterminowana, aby ująć dręczyciela Kayleigh. Ale czy okaże się nim Edwin Sharp, na którego nie ma dowodów? A może istnieją inni nadgorliwi fani lub ludzie chcący zająć miejsce piosenkarki?

   “Twój cień” to pierwsze dzieło Jeffery’ego Deavera, które miałam okazję przeczytać. Autor ten podbił serca czytelników thrillerem “Kolekcjoner kości”, w ekranizacji którego zagrała Angelina Jolie i Danzel Washington (Lyncoln Rhyme i Amelia Sachs występują gościnnie również w tym dziele). Wiedziona przeczuciem, że książka okaże się ciekawą pozycją, zapragnęłam ją przeczytać. I się nie zawiodłam! Z początku nie byłam pewna, jak pisarz skomplikuje sytuację, skoro zarys fabuły nie brzmi zbyt zawile. Ależ się zdziwiłam! Każdą kolejną stronę pochłaniałam coraz szybciej, w czym pomagał zgrabny styl pisania autora. Wiele razy byłam pewna, kto tak naprawdę okaże się stalkerem Kayleigh. Pod koniec powieści byłam trochę rozczarowana, myśląc, że tak szybko rozwiązałam zagadkę. Lecz wszystkie moje teorie zostały obalone, kiedy prawda wyszła na jaw i musiałam przyznać, że autor stworzył bardzo przemyślaną i logiczną całość, która zaskakuje czytelnika - nawet jeśli w pewnym momencie myśli on, że już wszystko wie. Co prawda, niektóre, mało znaczące elementy potrafiłam przewidzieć, ale to zaledwie błahostka w porównaniu do niespodziewanego zakończenia.

   Muszę przyznać, że powieść Deavera zrobiła na mnie duże wrażenie. To właściwie trzecia część cyklu o przygodach Kathryn Dance, ale traktowana jest jak osobne dzieło, więc ten fakt nie przeszkadzał mi w czytaniu. Zwłaszcza dlatego, że poza główną sprawą i życiem Kayleigh oraz jej bliskich, autor uchylił też rąbek tajemnicy z życia agentki Dance, co sprawiło, że nie sposób jej nie polubić. Książka okazała się więc powieścią z kilkoma różnymi wątkami, z których każdy posiadał niesamowite i nieprzewidywalne zwroty akcji. A trzeba dodać, że w “Twoim cieniu” przez cały czas coś się dzieje - nawet wtedy, gdy czytelnik myśli, że zapanował spokój. To zdecydowanie działa na korzyść dzieła!

   Myślę, że warto też wspomnieć o tym, że cała książka ma oryginalną muzyczną otoczkę. Sam tytuł odnosi się do piosenki Kayleigh, która jest wykorzystywana przez mordercę i jednocześnie stanowi wskazówkę dla policji. Poza tym, jeśli chodzi o inne muzyczne aspekty, to z tej pozycji można dowiedzieć się wielu informacji o muzyce country, sprzęcie itd., które są umiejętnie wplecione między akcję tak, aby nie nużyć czytelnika. Na samym końcu książki znajdują się też wszystkie teksty piosenek Kayleigh napisane przez autora. Dodatkowo można ich posłuchać na stronie pisarza, co uważam za ciekawy zabieg.

   Co mogę jeszcze dodać? “Twój cień” to lektura obowiązkowa dla fanów Deavera, ale również dla osób, które lubią od czasu do czasu sięgnąć po jakiś thriller, jak to jest w moim przypadku. Myślę też, że mole książkowe, pałające miłością do tego gatunku, nie powinny się zawieść. Szczerze polecam!

"Wychodzisz na scenę i śpiewasz piosenki.
Co się może nie udać? Wszyscy uśmiechnięci.
Nawet się nie obejrzysz, a machina ruszy
I każdy zechce dostać cząstkę twojej duszy."


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.




***

Książka dodana do wyzwania “Z półki”

***

Tak sobie myślę, że chyba zacznę publikować co jakiś czas Top 10, ponieważ wiele z tematów tej akcji mi się podoba i chętnie przedstawię Wam moje typy :D


środa, 30 stycznia 2013

"Dotyk Julii" - Tahereh Mafi

Tytuł: “Dotyk Julii”
Autor: Tahereh Mafi
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 336
Ocena: 7/10

   Wyobraź sobie, że nigdy nie poczułaś ciepła w ramionach rodziców. Że nigdy nikt Cię nie przytulił na pocieszenie, nie trzymał za rękę, nie pocałował. Wyobraź sobie, że rodzice się Tobą brzydzą i nie chcą mieć z Tobą nic wspólnego, bo dla nich jesteś potworem. Tak, odrażającym potworem. To nie Twoja wina, bo co możesz poradzić na to, że ludzie giną od Twojego dotyku? Musisz po prostu zmierzyć się ze swoją samotnością. Dasz radę?

“Czasem wydaje mi się, że moja samotność eksploduje, rozsadzając mnie od środka. Czasem zastanawiam się, czy wypłakanie, wykrzyczenie albo wyśmianie tego obłędu może w czymkolwiek pomóc. Czasem pragnienie dotyku, bycia dotykaną, c z u c i a jest tak silne, że porywa mnie do jakiegoś innego wszechświata, a tam, stojąc na krawędzi przepaści, nabieram pewności, że spadnę i nikomu nigdy nie uda się mnie znaleźć.”

   W świecie, w którym zwierzęta praktycznie wyginęły, kwiaty nie kwitną a pory roku oszalały, do władzy doszedł Komitet Odnowy, z pozoru mający zapewnić bezpieczeństwo i nowy ład. Przy takim obrocie sprawy niebezpieczne osobniki muszą być izolowane, dlatego Julia, nastolatka zabijająca dotykiem, trafia do odosobnienia na kilka miesięcy. Dziewczyna nigdy w swoim życiu nie zaznała miłości, nawet ze strony rodziców, którzy czują do niej tylko wstręt. To właśnie oni chcieli jej zamknięcia. W szkole była wyśmiewana - w końcu jest wariatką. Na jej drodze nigdy nie stanął ktoś, kto chociażby ją tolerował. No, prawie nigdy, bo okazuje się, że był kiedyś chłopiec, który zauważał cierpienie dziewczyny. Dziwnym zbiegiem okoliczności po 264 dniach izolacji Julii, Adam trafia do tej samej celi. Po jakimś czasie oboje zostają uwolnieni, co dla dziewczyny jest szokiem. Okazuje się, że Adam nie jest wariatem i nie dzielił więzienia z Julią bez powodu... Istnieją bowiem ludzie chcący wykorzystać moc dziewczyny, aby zdobyć większą władzę; aby siać terror. Uważają ją za broń. W końcu jej dotyk zabija... Czy to znaczy, że nie ma ludzi, którym Julia może zaufać?

“Zaniedbano mnie, zostawiono, a potem wywleczono z domu i wyrzucono poza nawias. Poszturchiwano, trącano, badano, a na koniec zamknięto w celi. Studiowano. Głodzono. Kuszono przyjaźnią tylko po to, żeby mnie zdradzić i uwięzić w tym koszmarze, za który mam teraz być wdzięczna.”

  Antuutopijne powieści ostatnio bardzo się szerzą w świecie książek. Nie ma w tym nic złego, ale jak to zwykle bywa, wśród podobnych tematycznie powieści niełatwo jest znaleźć prawdziwe perełki. W końcu fakt, że książka porusza popularny i niedawno dość oryginalny temat nie sprawia, że staje się arcydziełem. Jeśli chodzi o “Dotyk Julii”, to nie mogę stwierdzić, że jest to literatura wysokich lotów. Nawet ta cała destrukcyjność stanowi tylko otoczę dla dramatu bohaterki, który jest głównym wątkiem powieści. Innymi słowy, dzieło Tahereh Mafi to konkretne paranormal romance, w którym miłość między bohaterami jest mocno podkreślona i trochę za bardzo wyidealizowana. Z tego, co zauważyłam, dla wielu to główna wada książki. Osobiście przerysowany wątek miłosny między Julią i Adamem wcale mi nie przeszkadzał (no, może prócz wyznawania miłości w mega szybkim tempie). Właściwie nawet mi się podobał. Mimo tego, że autorka postawiła na wielką miłość nastolatków, książka ma w sobie coś, co sprawiło, że czytałam ją z chęcią. Nie obyło się rzecz jasna bez chwil zirytowania błahymi problemami bohaterów, ale jakoś sobie z tym poradziłam. Po prostu fakt, że takie “cudowne uczucie” zostało wysunięte na pierwszy plan nie skreśla dzieła w moich oczach, być może dlatego, że czytałam podobne, w których wszystko odbywało się o wiele gorzej. Nie da się jednak ukryć, że pisarka nie wykorzystała powieści do rozszerzenia wątku niszczejącego świata. A mogło być tak ciekawie! Chociaż końcówka zapowiada bardzo obiecujący ciąg dalszy...

   Kolejną ciekawą rzeczą, która być może niektórych irytowała, była narracja Julii. Dziewczyna opisywała swoje uczucia w sposób bardzo oryginalny, pełen metafor. Niekiedy dzięki temu czytelnik może poczuć klimat dzieła, lecz czasem wydaje się to zbyt przerysowane. Jednak ogólnie rzecz biorąc, styl autorki uplastycznia obraz i pozwala na szybkie i przyjemne przebrnięcie przez lekturę. Dość oryginalnym zabiegiem są także skreślenia wykorzystane w książce, dzięki czemu widać sprzeczność myśli i wypowiadanych słów bohaterki. To zdecydowanie duży plus!

   Czy książkę polecam? Tak, jeśli lubicie młodzieżowe paranormal romance, bo to coś w tym rodzaju. Nie sugerujcie się natomiast antyutopijną otoczką, bo możecie być rozczarowani. Myślę, że opinie byłyby lepsze, gdyby nie nacisk w reklamach na ową destrukcyjność, której tutaj tak naprawdę nie widać. Poza tym, dzieło jest w porządku i jak najbardziej umili Wam popołudnie.

 ***

Książka dodana do wyzwania "Z półki"

***

Btw. uważam, że oryginalne okładki są ładniejsze. Mają w sobie to coś... Nie jest napaćkane jak na naszej i do tego jak uroczo to wygląda! Jestem też ciekawa kwestii tytułów.. “Dotyk Julii” brzmi tak... tak zwyczajnie. Ciekawe jak przetłumaczą kolejne tomy?


 No i jeszcze z tego, co zauważyłam, to w oryginale bohaterka ma na imię Juliette. Niby na to samo wychodzi, ale po jakiego grzyba to spolszczali? :D Zdecydowanie bardziej wolę, gdy imiona zachowują swoją oryginalną postać.

***

Ah, nie wyrobię w tym miesiącu z 5 recenzjami, ale 3 to też niezły wynik, patrząc na moje ogólne statystyki... W lutym dojdę do piątki! :D

Myślę też o zmianie szablonu. Ten bardzo mi się podoba, jest taki delikatny i czytelny... Ale potrzebuję powiewu świeżości. Przemyślę to :)

Pozdrawiam odpoczywających w ferie oraz tych, którzy muszą mierzyć się ze swoimi zadaniami w szkole lub pracy! :D

piątek, 25 stycznia 2013

"Rekonstrukcja" - Krzysztof Bielecki

Tytuł: “Rekonstrukcja”
Autor: Krzysztof Bielecki
Ilość stron: 222

   “Rekonstrukcja” to kolejna książka Krzysztofa Bieleckiego, autora zadziwiającego “Defektu pamięci”. Miałam okazję przeczytać tamto dzieło, które wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie i zrobiło mętlik z moich myśli. Nic więc dziwnego, że gdy dostałam propozycję zrecenzowania “Rekonstrukcji”, zgodziłam się od razu. Zdaniem autora, to dzieło jest jeszcze bardziej nietypowe i trudniejsze do rozgryzienia, ponieważ nic nie zostaje podane na tacy. A jako że jest to powieść projekcyjna, każdy może dostrzec w niej coś innego. Pełna nadziei, zdecydowałam się podjąć wyzwanie i zapoznać z tą pozycją. Czy udało mi się “odkryć wszystkie jej niuanse”? Cóż...

   “Rekonstrukcja” to tak naprawdę opowiadanie stanowiące ostatni rozdział książki. Poprzedza je sześć innych rozdziałów skrywających historie, które, jak mówi autor, są tylko wstępem do opowiadania. Przez całą podróż po kartach książki, towarzyszy nam narrator, który zwraca się bezpośrednio do czytelników. Od samego początku wspomina o niejakim Johnie Johnsonie, który zniknie w ostatnim rozdziale. Obiecuje też, że wtedy niektóre elementy dzieła zostaną wyjaśnione. Tym czasem nie powinniśmy się tym przejmować (chociaż to trudne, kiedy na każdym kroku przypomina się nam, że John Johnson naprawdę wkrótce zniknie) i zagłębić się w dziwne i pokręcone historie, stanowiące owy wstęp. Każda z nich jest nieprzewidywalna, dziwna i na pierwszy rzut oka bez sensu (tutaj właśnie dostrzegłam podobieństwa do wspaniałego “Defektu”). Warto jednak wspomnieć, że w dziełach Krzysztofa Bieleckiego nic nie jest przypadkowe, a każde nienormalne (bo tego nie da się nazwać inaczej) wydarzenie zostało dokładnie zaplanowane przez autora. Przez całą lekturę książki pamiętałam o tym fakcie i z każdym rozdziałem miałam nadzieję, że wszystko wreszcie się poukłada. Do tego zachęcana przez narratora, wyszukiwałam między wersami “tego czegoś”, co być może tylko ja potrafię odkryć. Niestety, mimo usilnych prób, jakoś tego nie znalazłam...

   Nie ma potrzeby przytaczać zarysów wszystkich opowiadań. Musicie mi wierzyć, że każde kolejne jest dziwniejsze od poprzedniego. W końcu robienie bajzlu z myśli czytelnika to specjalność autora, co wspaniale widać w “Defekcie pamięci”. Mimowolnie cały czas porównywałam ze sobą te dwa dzieła, chociaż autor oświadczył, że każda jego książka musi być inna od poprzedniej. Cóż, może to moje schematyczne myślenie i nieotwarty umysł sprawiły, że rozczarowałam się tą pozycją. A może spowodowała to nachalność narratora (oj, możliwe), który na każdym kroku potęgował niecierpliwość czytelnika chcącego poznać sprawę Johna Johnsona. I w gruncie rzeczy oczekuje się niespodzianki, jakiegoś fenomenu i czegoś niezwykłego (tym bardziej, jeśli ma się na uwadze zaskakujące zakończenie “Defektu”). Rzeczywistość jest jednak przykra. Kiedy dotarłam do “Rekonstrukcji”, rozdziału wieńczącego całość, wierzyłam, że będę zachwycona. Niestety tak nie było i bardzo możliwe, że po prostu kiepsko zdałam ten test projekcyjny.

    Być może ta recenzja jest nieskładna, ale ciężko mi było się do niej zabrać. Czasem mamy do czynienia z książkami, których nie sposób ocenić. Mimo to, spróbowałam, jednak w tym wypadku ta recenzja jest bardzo mocno subiektywna. Nie jestem w stanie nawet polecić tego dzieła ani też go odradzić. Żeby wiedzieć, czy warto je przeczytać, trzeba po prostu to zrobić i nie kierować się opiniami, bo być może to właśnie ktoś z Was odkryje tajemnice tej pozycji i zobaczy wszystko w całkiem innym świetle - może nawet innym niż zaplanował to autor.

   Co jeszcze mogę dodać? To moje rozczarowanie wynika ze znajomości “Defektu”, który uwielbiam. Tak, wiem, nie powinnam porównywać tych dzieł, ale nic na to nie poradzę. Po prostu oczekiwałam czegoś równie dobrego i trochę się zawiodłam. Chociaż kto wie, może gdy sięgnę po “Rekonstrukcję” za jakiś czas, wszystko nagle nabierze sensu? Z chęcią to sprawdzę. I na pewno przeczytam jeszcze niejedną książkę autora, bo kto jak to, ale Krzysztof Bielecki jest mistrzem w robieniu sieczki z mózgu czytelnika, co jest bardzo ciekawym doświadczeniem.

“Może w tym świecie nie ma magiczności, cudów i tajemnic, ani niczego niespotykanego. (...) Widzimy to, co chcemy zobaczyć, odnajdujemy to, co chcemy odnaleźć, czujemy to, co chcemy poczuć i taki jest właśnie bolesny sekret ludzkiego umysłu.”

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Pana Krzysztofa Bieleckiego.

***

Dołączyłam do trzech wyzwań, mam nadzieję, że uda mi się stawić im czoła :)