piątek, 24 czerwca 2011

Witajcie wakacje!

Walizka jest jeszcze niespakowana (a to niedobrze :P), więc bez zbędnych wstępów zawiadamiam, że jutro wyjeżdżam na dwa tygodnie na kolonię do Mrzeżyna. Mam nadzieję, że przeżyję tam jakieś ciekawe przygody ;) Po powrocie nadrobię tę nieobecność zarówno w odwiedzaniu Waszych blogów, jak i w recenzowaniu książek. Liczę, że wybaczycie mi to zaniedbanie :)

Zanim zacznę w końcu prasować ubrania, chciałabym życzyć wszystkim udanych wakacji w gronie najbliższych. Niech każdy z Was nazbiera wspomnień, z których warto będzie napisać ciekawą książkę! :)

Pozdrawiam ciepło,
Wasza Deline

wtorek, 14 czerwca 2011

"Dziewczyna, która pływała z delfinami" - Sabina Berman

Tytuł: “Dziewczyna, która pływała z delfinami”
Autor: Sabina Berman
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 232
Ocena: 10/10

   “Opowieść wolna od stresu, tak jak pływanie z delfinami”

   Po tytule tej książki kompletnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Na pewno nie myślałam, że trzymam w rękach dzieło, które należy do tych zmieniających u czytelnika spojrzenie na świat. Jestem mile zaskoczona i mam nadzieję, że uda mi się zachęcić Was do poznania historii Karen - “niezwykłej dziewczyny, która zaskakuje wszystkich oryginalnym spojrzeniem na świat”.

“Świat ludzi standardowych: bańka, w której widzi i słyszy się tylko to, co ludzkie, i w której tylko to, co ludzkie, ma znaczenie, a wszystko inne to zaledwie krajobraz, towar albo pożywienie.” 

    Jeszcze nigdy nie miałam okazji przeczytać książki napisanej z perspektywy osoby autystycznej. Było to dla mnie nowe, jednakże niezwykle ciekawe doświadczenie. Przyznaję, że z ciężkim sercem rozstałam się z Karen, którą polubiłam. To naprawdę barwna i ciekawa postać, zaskakująca czytelnika na każdym kroku. Dzieciństwo spędza w piwnicy, jedząc piasek i wytrzymując tortury, które zadaje jej własna matka. Po jej śmierci do domku nad morzem przyjeżdża ciotka Karen, która odziedziczyła go po siostrze wraz z Przetwórnią Tuńczyka Pociecha. Kobieta postanawi zaopiekować się dziewczynką i nauczyć ją żyć wśród ludzi - a to zadanie nie należy do łatwych.

“Najbardziej niepokojące w rzeczywistości jest to, że nic nie jest napisane czarno na białym, nic nie jest pewne, wszystko może się zdarzyć albo i nie.” 

    Karen powoli uczy się wszystkich czynności potrzebnych jej do normalnego funkcjonowania - mówienia, czytania, pisania. W końcu zostaje wysłana przez ciotkę do szkoły dla osób takich jak ona - zdolnych inaczej. Jednak po jakimś czasie jej opiekunka dostrzega niezwykły geniusz dziewczynki i postanawia, że Karen będzie pobierała prywatne lekcje w domu. W końcu nadchodzi też moment, w którym nasza bohaterka udaje się na studia. Zostaje tam poddana różnym testom sprawdzającym jej inteligencję. Nie wypadają one najlepiej, ale jedno jest pewne - mimo swojego wolnego myślenia, dziewczyna patrzy na świat całkiem inaczej niż normalny człowiek, przez co zauważa proste rozwiązania niektórych spraw. Karen jest geniuszem i to właśnie dzięki niej Przetwórnia Tuńczyka Pociecha się rozwija i zarabia miliony.
   “Dziewczyna, która pływała z delfinami” to książka, która pokazuje, jak bardzo stereotypowe myślenie “normalnych” ludzi szkodzi im samym. Zależy im tylko na pieniądzach, nic innego się nie liczy. Jestem pełna podziwu dla Karen, która wymyśliła wiele przydatnych urządzeń, np. wydajną pułapkę na muchy i pozwoliła ją rozpowszechnić, nie podpisując się pod nią. Karen opracowała również plan łowienia tuńczyków w taki sposób, aby nie zabijać przy tym delfinów. Stworzyła podwodne raje dla tych ryb, przez co wreszcie zaczęły się rozmnażać, będąc w niewoli. Nigdy wcześniej nikomu się to nie udało. Dopiero kobieta chorująca na autyzm to osiągnęła. Dlaczego? Bo wcale nie myślała o pieniądzach, lecz o szczęściu i wygodzie innych stworzeń.

“Ale przychodzimy na świat, który jest już stary. Pełen rzeczy i spraw po naszych rodzicach. I rodzicach rodziców naszych rodziców. Przychodzimy na ten świat pełen starych gratów. Wytartych słów. Wyświechtanych zdań. Zużytych zwyczajów. Już dawno przeżytych sposobów na życie.”

   Zdaję sobie sprawę z tego, że właśnie piszę najbardziej nieskładną recenzję pod słońcem. Jednakże w tym momencie tyle różnych uczuć przeze mnie przemawia, że nie potrafię Wam tego przekazać. Nie wiem, czy udało mi się Was zachęcić do przeczytania tego dzieła. Nie wiem, czy każdemu się ono spodoba. Ale jestem pewna, że jeśli już po nie sięgnięcie, zaczniecie patrzeć na wiele spraw całkiem inaczej. Mam też nadzieję, że jeżeli spotkacie na swojej drodze osobę “zdolną inaczej” dojrzycie jej wewnętrzne piękno, które z pewnością posiada.


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.





środa, 8 czerwca 2011

'Pożeracz snów" - Bettina Belitz

Tytuł: “Pożeracz snów”
Autor: Bettina Belitz
Wydawnictwo: Znak emotikon
Ilość stron: 600
Ocena: 10/10

   Sny są interesującym zjawiskiem, badanym przez naukowców. Każdy je miewa - zarówno ludzie, jak i zwierzęta, jednak nikt do końca nie wie, jak to z nimi jest. A od zawsze wiadomo, że to, co nieznane, jest jeszcze bardziej fascynujące...
   Z pewnością wielu z Was zna na pamięć niezwykłe związki miłosne między wyimaginowanymi gatunkami, którymi są chociażby wampiry czy wilkołaki. Niektóre takie historie są rzeczywiście ciekawe i zajmujące, ale spójrzmy prawdzie w oczy - ile można czytać ciągle o tym samym? Mnie, jako zagorzałego mola książkowego, nie urzekają już banalne trójkąty, w których występują popularne mistyczne stworzenia zakochane w ludziach. Od dobrej książki oczekuję czegoś więcej, niż utartego schematu i nudnej fabuły. Jak zawsze podkreślam, stawiam na oryginalność. Dzieła niewyróżniające się z tłumu również mogą oczarować czytelnika, jednak nigdy nie dorównają tym rzadkim, niespotykanym. Właśnie z tego powodu zainteresowałam się “Pożeraczem snów”. Autorka tej książki podejmuje się wyzwania i przedstawia nam inne, również znane stworzenia, lecz niekoniecznie popularne. Mam na myśli zmory - złodziejów marzeń sennych i wspomnień.
   Może teraz krótkie przybliżenie treści. Ellie, siedemnastoletnia mieszkanka Kolonii, przeprowadza się wraz z rodzicami do małej wioski, w której wszyscy się znają. Nie podoba jej się to, że na rok przed maturą została wywieziona z dala od swoich przyjaciół i ukochanego miasta. Stało się tak jednak ze względu na jej ojca-psychiatrę rozpoczynającego leczenie w klinice w Kaulenfeld. Dziewczyna ma ogromne trudności z przystosowaniem się do nowego miejsca i ludzi. Próbuje, lecz z trudem jej się to udaje. Uczniowie szkoły, do której uczęszcza uważają ją za przemądrzałą miastową stroniącą od ludzi. Rzeczywiście - Ellie rozmawia głównie z Bennim, który jest przewodniczącym samorządu i synem burmistrza oraz z Maike - nową koleżanką. Innych omija szerokim łukiem, nie pragnąc nawet ich poznać. Trudno więc się dziwić ogólnemu zdumieniu, gdy Ellie wkracza w sam środek starcia między szkolnym tyranem a chłopakiem, który chce obronić młodsze dzieci przed wylądowaniem w śmietniku. Wychodzi jej to jednak na dobre, gdyż zyskuje w tym chłopcu przyjaciela, mającego duży wpływ na jej dalsze losy.
   W życiu Ellie następuje moment, w którym zaczyna się zmieniać. Dzieje się tak przez intrygującego mężczyznę - studenta leśnictwa, posiadacza czarnego pasa w karate i wspaniałego jeźdźca w jednym. Nie tak łatwo jest jej zbliżyć się do tego fascynującego człowieka. Jednak gdy już do tego dochodzi, wszystko w jej życiu diametralnie się zmienia. Tajemnice rodzinne skrywane przez lata wychodzą na jaw, a Ellie dowiaduje się rzeczy, których być może nigdy nie miała odkryć...
   “Pożeracz snów” to naprawdę ciekawa powieść. Przyznam szczerze, że przez długi czas się przy niej nudziłam. Autorka chciała nam przybliżyć wszystkich bohaterów, dokładnie ich opisując, dlatego początek był zwyczajną pisaniną. Jednak później, gdy akcja zaczęła się toczyć, wprost nie mogłam oderwać się od tej książki, cały czas powtarzając sobie w duchu: “jeszcze jeden rozdział i koniec!”. Nie było to takie łatwe, jak się mogło wydawać, gdyż książki wywołała u mnie wiele emocji, które nie chciały mnie opuścić nawet po zakończeniu historii. A trzeba przyznać, że było ono niezwykłe i tak bardzo trzymające w napięciu, że potrafiłam idealnie wyobrazić sobie siebie na miejscu Ellie i podjąć trudne decyzje za nią. Jeśli jakiś pisarz sprawił, że z łatwością utożsamiam się z bohaterem lub jestem gotowa wkroczyć do wykreowanego przez niego świata, to z pewnością nie jest amatorem i zasługuje na duży plus. Właśnie dlatego tu i teraz chwalę Bettinę Belitz za oryginalność i umiejętność napisania powieści, w której wydarzenia są bliskie czytelnikowi.
   Warto też wspomnieć o bohaterach, którzy byli bardzo rozbudowani i zdecydowanie nieszablonowi. Chwilami irytowało mnie to, że nawet postacie drugoplanowe są tak szczegółowo opisane, jednak doszłam do wniosku, że nie umniejsza to w żadnym stopniu świetności książki. Może nawet dodaje jej na swój sposób uroku, bo przecież sami często taksujemy wzrokiem osoby, których nigdy więcej nie spotkamy.

   Podsumowując, książka ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów. Oryginalność, ciekawi bohaterowie, wartka akcja oraz oczywiście lekkie pióro autorki - to wszystko sprawiło, że “Pożeracza snów” czytałam z wielkim zaangażowaniem. Szczerze mówiąc, przy zakończeniu byłam cała roztrzęsiona i jednocześnie zła na pisarkę, jednak te wszystkie niemiłe uczucia zniknęły, gdy dowiedziałam się, że trzymam w ręku pierwszą część trylogii. To od razu poprawiło mi humor i mam nadzieję, że będę miała okazję przeżyć wraz z Ellie kolejne przygody.
   Nie mam żadnym sentymentów do Bettiny Belitz. Wręcz przeciwnie - dla mnie jest to całkiem nowa autorka, więc jej książkę staralam się oceniać obiektywnie. Mam tylko nadzieję, że nie zawiedzie mnie w kolejnych częściach.
   “Pożeracza snów” polecam osobom, które przepadają za paranormal romance, ale mają już dość historii wampirów/wilkołaków/innych popularnych stworzeń. Naprawdę warto poznać kilka ciekawych faktów o zmorach nocnych, które przecież nie są nam zupełnie obce ;)


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak emotikon.


Premiera dzieła Bettiny Belitz "Pożeracz snów" - 16 czerwca 2011r.

piątek, 3 czerwca 2011

"Jutro" - John Marsden

Tytuł: “Jutro”
Autor: John Marsden
Wydawnictwo: Znak literanova
Ilość stron: 272
Ocena: 9/10

    “Mam na imię Ellie. Kilka dni temu wybraliśmy się w siedem osób na wyprawę do samego Piekła. Tak nazywa się niedostępne miejsce w górach. Wycieczka była próbą naszej przyjaźni. Niektórych z nas połączyło nawet coś więcej.

Szczęśliwi wróciliśmy do domu. Ale to był powrót do piekła. Znaleźliśmy martwe zwierzęta, a nasi rodzice i wszyscy mieszkańcy miasta zniknęli.

Okazało się, że naszego świata już nie ma. Że nie ma już żadnych zasad. A jutro musimy stworzyć własne.”

   Czytając powyższy opis “Jutra”, spodziewałam się, że mam okazję przeczytać książkę w stylu “Gone”. Byłam ciekawa, czy autor zaserwuje czytelnikom jakąś przewidywalną powiastkę, czy może stworzy coś całkiem nowego i zadziwiającego. Przyznaję, że jestem mile zaskoczona.
   Narratorką dzieła jest Ellie, nastoletnia mieszkanka Australii. Pewnego dnia postanawia namówić przyjaciół na wspólny biwak w górach. Wszyscy spodziewają się, że dni spędzone na łonie natury, z dala od rodziców i obowiązków, przyniosą im niezapomniane wrażenia. Tak też się stało, jednak w sposób niesprzyjający bohaterom.
   Gdy nadchodzi dzień powrotu do domu, grupa zaczyna mieć dziwne przeczucia. Są one wywołane m.in. samolotami przelatującymi niebem nocą. Początkowo dzieciaki myślą, że to część festynu, który jest jedną z ważniejszych imprez w ciągu roku. Po powrocie jednak spotyka ich coś, czego nigdy by się nie spodziewali. Puste ulice, brak ruchu na drogach, opuszczone domy, a nawet martwe zwierzęta... To z pewnością nie jest normalne. Gdy bohaterowie dowiadują się, że inne państwo na nich napadło i uwięziło wszystkich mieszkańców, postanawiają ich uwolnić. Niestety, z marnym skutkiem. Innym planem jest powrót do Piekła - miejsca, w którym mogą czuć się bezpieczni. Miejsca, dzięki któremu są na wolności i które z pewnością jeszcze ich uratuje.

“Ludzie nadają miejscom nazwy, żeby nikt nie mógł ich widzieć takimi, jakimi są naprawdę.”

   Fabuła “Jutra” jest oryginalna. Dzięki niej nie można wrzucić tej niezwykłej książki do jednego worka ze wszystkimi dziełami dla młodzieży, które dzisiaj powstają. Tutaj na głównym planie wcale nie jest nastoletnia miłość (która pojawia się, ale tworzy tylko dodającą smaku otoczkę), lecz problemy dzieci postawionych w obliczu niebezpieczeństwa, z którym muszą zmierzyć się samotnie. Nie uzyskają żadnej pomocy ze strony dorosłych. Wręcz przeciwnie - tylko oni, jako osoby przebywające na wolności, mogą spróbować wybawić swoich rodziców, sąsiadów, nauczycieli. Nikt im nie powie, jak mają to zrobić. Nie wyczytają też tego w żadnym podręczniku. Są zdani jedynie na siebie i na swoje szczęście. Mają dwa wyjścia - dać się złapać albo pozostać w ukryciu i zastanowić się, co robić. Nawet jeśli wybiorą drugą opcję, muszą przeszukać miasto w celu zgromadzenia zapasów i innych niezbędnych materiałów. A poruszanie się po ulicach bez przerwy patrolowanych przez najeźdźców wymaga wielkiej odwagi, a czasem także zrobienia rzeczy, o których normalnie nigdy się nie myśli...

“Prawdziwa odwaga polega na tym, że robisz coś mimo wielkiego strachu.”

   Bohaterami “Jutra” są nastolatkowie, którzy z dnia na dzień muszą stać się dorośli i zacząć podejmować decyzje, od których może zależeć ich życie. W takiej sytuacji ich charaktery z pewnością się zmienią. Muszą oni pozbyć się strachu i pokonać swoje słabości oraz nauczyć się żyć tak, aby przetrwać. Uważam, że Marsden wspaniale przedstawił swoje postacie. Nie są one sztuczne i nieprawdziwe. Każda z nich ma swoją osobowość i różni się od pozostałych. Natomiast relacje panujące między bohaterami są różne. To oczywiste, że sielanka nie może trwać wiecznie. Spory i kłótnie muszą się pojawić, aby nadać książce realności.
   W utworze mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. W tym wypadku jest to świetny pomysł, gdyż dzięki temu możemy obejrzeć całą (a właściwie początek) przygodę oczami jednej z bohaterek - Ellie. Podczas czytania przez cały czas towarzyszą nam jej emocje i przemyślenia, czasami naprawdę skrajne.
   “Jutro” to pierwsza część historii Ellie i jej przyjaciół. Wojna dopiero się zaczęła, a oni muszą ją przetrwać. Z ogromną chęcią sięgnę po kolejne tomy. Mam nadzieję, że w nich akcja będzie toczyć się równie szybko, potęgując napięcie czytelnika. Warto też wspomnieć, że w książce wystąpiły momenty, w których widzimy zaradność naszych młodych bohaterów. Wykorzystują oni to, co mają pod ręką, aby przetrwać, uciec lub pokonać wroga. Niektóre ich pomysły wydają się szalone i niemożliwe do zrealizowanie, choć tak naprawdę są genialne. Jeśli chcecie je poznać, zapraszam do lektury! :)


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova.

 

***

Recenzja może nie najlepszej jakości, ale postaram się, żeby kolejne były ciekawsze ;)

Dziękuję za tak miłe i liczne powitanie po powrocie. Następnym razem Was nie zawiodę i nie zostawię bez słowa :)