niedziela, 27 marca 2011

"Zanim umrę" - Jenny Downham

Tytuł: “Zanim umrę”
Autor: Jenny Downham
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 272
Ocena: 10/10

    Zwykle przed sięgnięciem po jakąś książkę czytam wiele jej recenzji, a następnie zastanawiam się, czy to coś dla mnie. W przypadku książki pt. “Zanim umrę” było całkiem inaczej. Wystarczyło, że niechcący usłyszałam tak intrygujący tytuł i przeczytałam opis z okładki. Byłam pewna, że dzieło mi się spodoba. Na szczęście, nie myliłam się.
    Każdy z nas ma plany na przyszłość, marzenia do zrealizowania. Najczęściej zamierzamy je spełnić “kiedyś tam”. Ale co, jeśli to “kiedyś tam” nie nastąpi? 

“Czuję, że w lewym płucu mnożą się komórki nowotworowe, gromadzą się jak proch wypełniający wazon. Już niedługo nie będę mogła oddychać.” 

     Szesnastoletnia Tessa ma tyle szczęścia, że jest świadoma zbliżającej się śmierci. Ma wybór: może spędzić ostatnie chwile życia wśród czterech ścian swojego pokoju, rozpaczając lub spróbować zrealizować marzenia. Dziewczyna decyduje się na to drugie. Sporządza listę dziesięciu rzeczy, które chce zrobić przed śmiercią. Wśród nich jest m.in. złamanie prawa i spróbowanie narkotyków. W spełnianiu zadań początkowo pomaga jej przyjaciółka Zoey. Później w tę niezwykłą grę angażują się także najbliżsi Tessy - rodzice, brat, przyjaciel. Wszyscy chcą pomóc umierającej dziewczynie przeżyć niesamowitą przygodę. Czy im się uda? Czy Tessa osiągnie swój nietypowy cel? 

“Ludzie nie zawsze mogą nam ofiarować to, czego chcemy.” 

     Sięgając po tę książkę przeczuwałam, że będę pod wrażeniem. Nie zawiodłam się. Styl autorki jest bardzo przystępny, dzięki czemu dzieło czyta się z łatwością. W tekście użyto słownictwa typowego dla młodzieży, jednak bez wielkiej przesady. Całość zajęła mi tylko jeden dzień. Jeden, magiczny dzień, w którym z wypiekami na twarzy śledziłam poczynania bohaterów i trzymałam kciuki za Tessę. Wyobrażałam sobie, że jestem na miejscu chorej dziewczyny. Nie wiem, czy odważyłabym się na zrobienie rzeczy, których nigdy nie miałam okazji zasmakować. Nie wiem, czy w obliczu nadchodzącej tragedii powstrzymałabym się przed odizolowaniem od innych ludzi. Nie wiem.

     Jeśli chodzi o bohaterów, byli oni bardzo wyraźni i nieszablonowi. Każdy z nich miał swoją duszę i swój charakter, dzięki czemu żył, będąc na kartach powieści. Nie przeszkadzał mi nawet bardzo widoczny egoizm Tessy, który został wprowadzony celowo. Chwilami dziewczyna chciała, aby wszystko kręciło się wokół listy. Nie obchodziły ją problemy najbliższych. Nie pochwalam takiego zachowania, co nie znaczy, że sama nie postąpiłabym podobnie. Tessa wiedziała, że śmierć na nią czeka, dlatego starała się jak najszybciej uporać z listą i odejść z uczuciem spełnienia. Problemy innych mogły zaczekać... 

“Tworzymy pewne wzory, pojawiamy się w życiu innych tylko na chwilę.” 

     Cieszę się, że przeczytałam to dzieło. Jestem pod wielkim wrażeniem. “Zanim umrę” to książka z rodzaju tych, które zmieniają perspektywę patrzenia na świat. Dzięki niej ujrzałam rzeczy, które na pozór wydają się oczywiste, ale tak naprawdę trzeba je przemyśleć i spróbować zrozumieć.
Nie jestem śmiertelnie chora i nic nie wskazuje na to, żebym nie miała żyć jeszcze wiele lat. Ale kto wie, co może zdarzyć się jutro, kiedy wyjdę z domu? Nie muszę robić sobie żadnej listy, aby spełniać swoje marzenia. Po prostu będę żyć pełnią życia, zwracając uwagę na problemy dręczące innych. Właśnie tym chcę się różnić od Tessy.
***

     Myślałam, że nabazgrzę coś lepszego, ale cóż. Obecnie czytam “Slumdoga. Milionera z ulicy” w formie ebooka. Nie przepadam za elektronicznymi wersjami książek, ale nie wybrałam się do biblioteki (lenistwo robi swoje :P), więc muszę się pomęczyć. Szczerze mówiąc, jest warto! Jeśli oglądaliście film, polecam również książkę. Mam nadzieję, że po przeczytaniu jej moja opinia nadal będzie pozytywna :)


sobota, 19 marca 2011

"Claude i Camille" - Stephanie Cowell

Tytuł: “Claude i Camille”
Autor: Stephanie Cowell
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 384
Ocena: 10/10

    Tyle się mówi o tym, że nie należy oceniać książki po okładce. Całkowicie się z tym zgadzam, co nie zmienia faktu, że dzieło pt. “Claude i Camille” to wspaniały duet ciekawej treści i pięknej oprawy graficznej. Często przerywałam czytanie, aby ponownie spojrzeć na okładkę przedstawiającą piękny obraz kobiety z parasolką lub obracałam wolumin w dłoniach, przesuwając palcami po grzbiecie. Strasznie się cieszę, że ten piękny egzemplarz książki (interesującej zresztą) stoi na mojej półce i przyciąga wzrok. Dodatkowym plusem tej szaty jest to, że pozwala ona poczuć klimat dziewiętnastowiecznej Francji, w której rozgrywa się przygoda dwojga zakochanych ludzi - pięknej damy, kobiety z wyższych sfer oraz przystojnego młodzieńca bez grosza przy duszy (za to ze sztalugami i farbami). Uczucie powstałe między nimi niejednokrotnie zostanie wystawione na próby. Nie z każdej wyjdzie całkowicie zwycięsko. Niektóre trudności odcisną wieczne piętno na miłości łączącej Claude’a i Camille. Jednak mimo to, małżonkowie ani odrobinę nie zmniejszą uczucia, którym się darzą. Przetrwają chwile kryzysu, biedy, niezgody, a także wojny, aby później cieszyć się czasem spędzonym wspólnie oraz owocami swojej miłości - synami Jeanem i Michelem. Jednakże ta powieść nie kończy się, jak mogłoby się wydawać, happy endem. Pani Śmierć uwielbia zbierać swoje żniwa, szczególnie wtedy, gdy wszystkie przewinienia zostają wybaczone... 

     Każdy z nas ma marzenia. Jednak co nam po nich, jeśli nie będziemy próbowali ich urzeczywistnić? Claude Monet jest świetnym przykładem człowieka, który doszedł do celu, pokonując liczne trudności - a było ich naprawdę wiele! Na szczęście, nigdy nie był sam. Zawsze miał przy sobie kochającą rodzinę oraz przyjaciół służących pomocą w potrzebie. 

“Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy wszyscy razem. Staliśmy ramię przy ramieniu i wspieraliśmy się nawzajem.”

     Od dawna chciałam przeczytać tę książkę. Przyczyniły się do tego nie tylko zachęcające recenzje, ale także moje zamiłowanie do kierunku w sztuce, nazywanego impresjonizmem. Obrazy Claude’a Moneta zawsze mi się podobały. Podziwiam tego człowieka nie tylko jako artystę, który w niesamowity sposób wykorzystał swój talent, ale także jako osobę spełniającą swoje marzenia wbrew przeciwnościom losu.

“Wszyscy mówią o mojej sztuce i udają, że ją rozumieją, gdy tymczasem nie trzeba jej rozumieć, wystarczy ją kochać.”

     Książka “Claude i Camille” jest oparta na faktach. Występują w niej realne daty i nazwiska, a także większość związków między bohaterami. Podziwiam autorkę, gdyż rzeczywiście musiała włożyć w napisanie tego dzieła wiele pracy oraz poświęcić mnóstwo czasu na zdobywanie informacji. Przyznaję, że postąpiła tak samo jak Claude - osiągnęła cel, który sobie postawiła, dzięki czemu mogłam poznać niesamowitą historię dwojga, z pozoru zwykłych ludzi, przewracających kolejne karty swojej księgi życia. Książka tak bardzo emanowała ciepłem i pozwalała odczuć na własnej skórze emocje bohaterów, że mam niewyobrażalną chęć zwiedzenia wszystkim muzeów z obrazami Moneta oraz jego posiadłości w Giverny. Skoro książka spowodowała, że mam takie pragnienia i myślę o niej nawet w wolnych chwilach, z pewnością jest godna polecenia. Wiem, że nie spodoba się wszystkim, dlatego kieruję moją zachętę głównie do miłośników sztuki. Jestem pewna, że wielu z Was ta książka przypadnie do gustu, a może nawet stanie się jedną  z ulubionych. Posiada wady, jak zresztą każde dzieło, ale są one ledwie dostrzegalne i nic nieznaczące. Właśnie dlatego moja ocena jest taka a nie inna. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła czytać kolejne recenzje książki “Claude i Camille” na Waszych blogach.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Bukowy Las.



***

    Kolejna recenzja fascynującej książki właśnie się ukazała - tak, jak obiecałam. Za co zabiorę się tym razem? Na biurku leżą dwie książki wypożyczone z biblioteki: “Zanim umrę” Jenny Downham oraz “Rezerwat niebieskich ptaków” Ewy Nowak. Póki co, przeżywam losy bohaterów dzieła pani Cowell, więc nie porywam się za żadną z nich (choć normalnie bym to zrobiła). Kolejna recenzja ukaże się w przyszły weekend :)

    Przy okazji, chciałam poinformować, że niestety, nie udało mi się zostać laureatką olimpiady języka polskiego (zabrakło mi 4 punktów - ja to mam szczęście :P), jednakże zdobyłam II nagrodę w regionalnym konkursie literackim za opowiadanie bez tytułu (pamiętajcie, żeby o nim nie zapominać, gdyż potem na rozdaniu nagród może być zabawnie ^ ^).

Pozdrawiam!



niedziela, 13 marca 2011

"Opowieści celtyckie" - Karolina Janowska

Tytuł: “Opowieści celtyckie”
Autor: Barbara Janowska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 326
Ocena: 7/10

    Historia wcale nie musi być nudna. Świetnym dowodem na to jest dzieło Karoliny Janowskiej pt.”Opowieści celtyckie”. Ta książka z pewnością spodoba się nie tylko osobom interesującym się budową starożytnego społeczeństwa, ale także tym, którzy chcą miło spędzić czas z ciekawą lekturą. Myślę, że każdy chętnie się dowie, jak wygląda życie prywatne wielkich ludzi, których znamy dzięki różnym dokonaniom. Mam na myśli m.in. sławnego Juliusza Cezara...
    Życie ludzi w antyku poznajemy z dwóch miejsc: kraju Arwernów, w którym od setek lat nie wybierano króla oraz z miasta będącego wówczas światową potęgą - z Rzymu. Plemiona tych dwóch krain nie są ze sobą w dobrych stosunkach. Pewna tajemnicza kapłanka, imieniem Scatah, od lat przepowiada wielką wojnę. Celtowie nie chcą do niej dopuścić, gdyż wtedy z pewnością ich lud zostałby zgładzony. Jednak pewnego dnia na świat przychodzi, syn Celtylusa - człowieka, który odgrywa rolę przywódcy swojego ludu. Jego ogromna chęć zostania królem i zniszczenia tradycji przyczynia się do powstania spisku, w którym ginie. Wydawałoby się, że dla Celtów nastały czasy nieszczęścia i niepokoju. Kto w ogóle próbowałby się mierzyć z potężnymi Rzymianami? Oczywiście, potomek naszego zmarłego bohatera jest wybrańcem, który jako jedyny ma szansę zniszczyć cesarstwo. Od najmłodszych lat jest szkolony - najpierw u druidów, później u kapłanek - i przechodzi wiele ciężkich prób. A potem... No właśnie. Co potem?
    Książka wypadła w moich oczach bardzo pozytywnie. Jej schemat był trochę utarty, ale tym razem nie miało to większego wpływu na przyjemność, jaką odczuwałam podczas czytania. Wielki bohater, mający uratować swój lud i jego (zakazana, rzecz jasna) miłość. Niby nic nadzwyczajnego, jednak w jakimś stopniu oryginalnego. Bardzo podobały mi się opisy ukazujące życie w starożytnym społeczeństwie. Czytając je, niekiedy otwierałam usta ze zdziwienia, a innym razem płakałam ze śmiechu - zawsze myśląc, że choć dla mnie niektóre przedstawione wyjścia są wręcz absurdalne, dla bohaterów były jak najbardziej w normie. Nikogo nie dziwił ani nie oburzał fakt, że matki, które przestały karmić swoje dziecko piersią, musiały oddać je do innej rodziny na kilka lat. W tym czasie wychowywały dziecko sąsiadów, “umacniając więzi” w społeczeństwie. Nigdy nie słyszałam o podobnym zwyczaju, przez co lektura jeszcze bardziej mnie wciągnęła. Oczywiście, tradycja Celtów obejmuje znacznie więcej, na pierwszy rzut oka, dziwnych zwyczajów. “Zamiana dzieci” najbardziej mnie zaintrygowała i miała największy wpływ na tworzenie się charakteru głównego bohatera, Galvana.
    Mam mieszane uczucia co do tej pozycji. To prawda, bardzo mi się podobała, ale czuję pewien (dość duży) niedosyt. Bohaterowie, ich tradycja i kultura, a nawet romans między Galvanem i Uatah, córką Scatah - to wszystko sprawiło, że czytałam tę książkę z wypiekami na twarzy. Jednak nie ma rzeczy idealnych, a niedociągnięcia pojawiają się wszędzie. Niestety, w tym dziele pojawiło się ich kilka. Największym minusem był brak jakiejkolwiek wojny. Moje rozczarowanie w chwili przeczytania ostatniego zdania książki - nie do opisania. Myślę, że nie tylko ja poczułam się oszukana. Tak, to chyba dobre słowo. Bo co innego mogę napisać? Przez całą książkę, prawie na każdej stronie, pojawiała się wzmianka o wojnie. Wojna, wojna, wojna... To główny temat mieszkańców zarówno kraju Arwernów, jak i Rzymu. Wszystko kręci się wokół niego. Nawet wątek miłosny początkowo znajdował się na drugim planie. Czuję ogromny niedosyt. Nie wiem, co to ma znaczyć. Z pewnością pojawi się druga część, więc wnioskuję, że ta była wstępem. Pewnie gdybym była tego świadoma, kiedy zaczynałam, moja opinia wyglądałaby inaczej. Jednak nawet postać na okładce sugeruje całą sobą, że to właśnie WOJNY są szkieletem książki.
     To zepchnięcie najważniejszego wątku na najdalszy plan (a nawet całkowite jego usunięcie) jest największą wadą “Opowieści celtyckich”. Poza nią znalazłam także kilka drobnych, jak np. ciągłe przypominanie przez autorkę czytelnikom rzeczy, których nie sposób zapomnieć czy pominąć. Czułam się trochę tak, jakby pisarka nie była pewna, czy treść jej dzieła jest jasna dla każdego. Poza tym, irytował mnie brak większych odstępów (preferuję trzy gwiazdeczki, choć coś innego także by się przyjęło). Bywały chwile, w których nawet nie orientowałam się, że jestem już w innym miejscu. Nie mam pojęcia, z czego wynika to całkowite scalenie tekstu, ale z pewnością nie ułatwia ono czytania.
     Podsumowując - książka jest dobra, ale mogła być lepsza. Mimo kilku wad, warto ją przeczytać. Może i nie przeżyjemy żadnych heroicznych bitew, ale poznamy wiele ciekawych obyczajów oraz życie w świecie bez komputerów i jakiejkolwiek technologii. Z tego względu zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę. Z pewnością umili Wam czas :) 

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res.


***

Wreszcie wzięłam się w garść i napisałam tę recenzję. Wiem, że ostatnio zaniedbuję wszystko i wszystkich (w tym tego bloga), ale staram się to zmienić. Mam nadzieję, że gdy skończy się marzec będę w lepszej sytuacji, jeśli chodzi o gospodarowanie czasem wolnym :)

Zaintrygowana recenzjami UpiornegoGroszka i Annie, postarałam się o własny egzemplarz książki “Claude i Camille” Stephanie Cowell. Czytanie idzie mi dość szybko, jednak ze względu na rozpoczynający się tydzień, możecie spodziewać się recenzji dopiero w weekend.

Pozdrawiam!

poniedziałek, 7 marca 2011

Moja biblioteczka

Nie mogę się zebrać, żeby napisać recenzję, więc pokażę Wam coś, co śmiem nazywać swoją “biblioteczką”. Jednak zanim przejdę do rzeczy, chciałam serdecznie podziękować trzymającym za mnie kciuki na wczorajszym konkursie, a w szczególności Rapsodii, dzięki której poznałam treść “Niepełnych”. Co prawda, książkę zdobyłam, jednak wyruszałam z nieprzeczytaną, co nie wpływało korzystnie na mój nastrój. W samochodzie kończyłam ją pobieżnie, uspokojona, że w razie czego wiem o co chodzi i znam finał. Dziękuję!

Wracając do zabawy...
Zostałam zaproszona przez Viconię i Varię. Sama proponuję przyłączenie się Dusii, Rudzielcowi i bookworm oraz wszystkim tym, którzy chcą zaprezentować swoją biblioteczkę, a jeszcze nie mieli okazji.

No więc... Widok ogólny niezbyt dużej szafki przerobionej na regał:



Druga i trzecia półka wewnątrz na co dzień są za drzwiczkami, na których widnieje mój nieokreślony rysunek “podobnobaletnicy” (z tego powodu są one otwarte ^ ^).



Na samej górze znajdują się książki, których nie dało się upchnąć nigdzie indziej (m.in. nieskompletowana encyklopedia PWN). Jest to taki misz-masz, kogel mogel, ratatuj...



Na powyższym zdjęciu od góry widać mini kolekcję kieszonkowych wydań horrorów Herberta i Mastertona. Książki zostały mi podarowane przez tatę jakiś czas temu (do tamtej chwili nie miałam pojęcia, że On lubił czytać). Jeszcze nie miałam okazji się za nie zabrać, ale chyba wkrótce to zrobię, gdyż tata je chwali. Niżej znajdują się różne dzieła. Załapała się jakaś książka do nauki języka włoskiego (kocham mój słomiany zapał) i nawet jedna pozycja Kinga - “Misery”.



Moja niepoukładana kupka. Zdaję sobie sprawę, że nic do siebie nie pasuje, ale nie mam za bardzo możliwości zmiany adresu tym książkom. W każdym razie chciałam zwrócić uwagę na pierwszą pozycję od dołu - tę z czerwonym grzbietem, literką “E” po lewej (albo na górze, jak kto woli) i cyfrą “5” po prawej. To komiks “Kaczor Donald” - pierwsza książka, jaką w życiu przeczytałam od początku do końca. Pamiętam, jaka byłam z siebie dumna :P Miałam wtedy zaledwie parę lat.



Na tej półce głównie słowniki oraz książki, które szczęśliwym trafem znalazły sobie jakieś miejsce.



No i wreszcie wnętrze... a w nim moje najukochańsze książki, głównie fantastyczne. Jak widzicie, od lewej “Atramentowa Trylogia”, później “Kroniki Kresu” i jakieś lektury z Grega (w tym “Księga Dżungli”, której nie mogę strawić).

 
 Ciąg dalszy moich faworytów - “Władca Pierścieni” w specjalnym wydaniu, “Gone” i dzieła pani Clare (oraz obowiązkowo jakieś przybłędy).


A tutaj nic ciekawego (tym bardziej, że zdjęcie nie wyszło, jak wszystkie zresztą). Jakieś atlasy, książki edukacyjne... Głównie nagrody za konkursy.
Kurczę, okropnie wyszły te zdjęcia. No cóż... Nie daję powiększenia, dla Waszego dobra :)

To chyba tyle, jeśli chodzi o biblioteczkowy szał na tym blogu. W tym tygodniu powinna się ukazać recenzja “Opowieści celtyckich” (pod warunkiem, że zabiorę się do jej pisania :P).

Pozdrawiam!
P.S. Przepraszam za rzadsze odwiedzanie Waszych blogów, ale jest to spowodowane brakiem czasu. Często wchodzę i czytam nowy post, niekoniecznie go komentując. Obiecuję poprawę :)